Mam to szczęście, że spora część mojej rodziny to wędkarze, na dodatek przyszedłem na świat w "pięknych okolicznościach przyrody" - w dolinie Drwęcy, w otoczeniu cudownych jezior i kojącym szmerem rzeki Wel, gdzieś za miedzą. Sam nie wiem, która z tych okoliczności przyczyniła się bardziej do rozwinięcia moich zainteresowań. Skłamałbym próbując powiedzieć, że od dziecka interesowało mnie wyłącznie wędkowanie, że było moim hobby, które sobie wybrałem. Jak większość moich rówieśników przejawiałem raczej zdolności techniczne - majsterkowałem, budowałem różne konstrukcje z drewna i wszelkich dostępnych materiałów. Fascynowały mnie skomplikowane mechanizmy i każda dostępna literatura techniczna. Pamiętam, że pierwszymi książkami, jakie udało mi się przeczytać była Encyklopedia Powszechna i Poradnik dla mechaników. A gdzie w tym wszystkim wędkarstwo? Cóż ... wędkarstwo otaczało mnie zewsząd, w domu od zawsze stały wędki, na piecu gotował się groch, a szafki pełne były numerów Wiadomości Wędkarskich. Wystarczyło wyjść na ulicę, by spotkać co najmniej dwóch wędkarzy wędrujących nad Drwęcę.
|
Chociaż mamy XXI wiek nadal wielu z nas zaklina własne szczęście, wierzy w jakieś przesądy, czarne koty i tym podobne zabobony. Również wędkarska brać znana jest z ogromnej ilości "alibi" na wypadek powrotu do domu "o przysłowiowym kiju". Rok temu będąc nad wodą z dużo starszym kolegą, miałem okazję powspominać sobie niektóre z nich. Sam byłem zaskoczony własnym odruchem, kiedy ów starszy pan niechcący przeszedł nad moją wędką leżącą na podpórce."Nie przełaź przez wędkę!" - wyrwało mi się mimowolnie. Jakbym słyszał własnego ojca...(?!) Jeszcze bardziej zdziwiła mnie reakcja kolegi, który zamiast się obruszyć spokojnie cofnął nogę ze słowami:"Ooo... widzę stara szkoła, tego już się nie spotyka."
Spotykam się z wędkarzami różnych stanów, o wielorakich poglądach i subiektywnym pojmowaniu naszego hobby. Każdy ma swoje metody, każdy stara się przekonać innych, że jego sposób jest najlepszy. Również samo podejście do wędkarstwa może stanowić czyjąś życiową ideę. Są łowcy, spędzający każdą wolną chwilę na tropieniu okazów, są tacy co wypuszczają każdą złowioną rybę w imię zasady "Złów i wypuść", wielu po prostu łowi dla odpoczynku i relaksu, albo też przelicza oddane składki na kilogramy złowionych ryb. Do refleksji skłoniły mnie rozmowy z kolegami, o tym "jak to drzewiej bywało" i pewne zdanie wyrwane z kontekstu artykułu w czasopiśmie wędkarski , którego nie mogę teraz zacytować dosłownie, ale jego sens brzmiał mniej więcej tak: dzisiaj niewielu wędkarzy trudni się wykładaniem karmy dla ryb... Moją uwagę zwróciło słowo "trudni" - tak, pamiętam...Kiedy jako małolat kształtowałem nad wodą swą dzisiejszą osobowość, często widywałem ludzi dosłownie "trudniących się" karmieniem ryb.
Ta co szemrze, gdy zasypiam, radość niesie, gdy się budzę
Żegna mnie tuż przed wyjazdem, zawsze wita po powrocie, jak marnotrawnego syna...

Przyszedł znowu czas wyjazdu i pożegnanie z ukochaną rzeką zupełnie inne, niż wcześniej. Jak to rzeka - każdego dnia inna, raz wzburzona, raz kojąca zmysły cichym szmerem, ale zawsze ta sama, moja własna Drwęca...Była tu kiedy przyszedłem na świat, mijała mnie każdego dnia i witała szeroko otwartymi ramionami po powrocie z wojaży, za każdym razem potrafiła obdarować tym, co miała najlepszego. Kiedy wrócę nadal tu będzie, ale czy ciągle moja...?
|
|