tinca.pl
Norwegia 2011.
Wpisany przez Andrzej Pióro   
środa, 06 lipca 2011 16:34

Helnessund 2011. W końcu nadchodzi długo oczekiwany czas wyjazdu na ryby do Norwegii. Jadę dość daleko za koło podbiegunowe do miejsca w którym byłem przed kilku laty - małej, niegdyś rybackiej  osady o nazwie Helnessund, oddalonej o 200 km od znanego pewnie wielu z czasów drugiej wojny światowej Narviku. Dziś to miejsce dość senne. Życie toczy się leniwie pomiędzy jednym, a drugim autobusem wędkarzy ze Szwecji, którzy przyjeżdżają  po ryby, nie na ryby. Coraz częściej zaglądają tu również Polacy.

Droga przez Polskę do przystani promowej w Gdańsku to droga przez mękę. Mamy do pokonania 600 km. Wyjeżdżamy wcześnie rano. Docieramy do obwodnicy Trójmiasta bezskutecznie wypatrując drogowskazu kierującego do promu. Nic takiego nie rzuca się w oczy. GPS też nie bardzo sobie radzi, bo wszędzie remonty lub budowa nowych dróg czy zjazdów. Jednym słowem Polska codzienność. Dobrze, że mamy zapas czasu. W końcu docieramy do terminalu promowego. Szybkie, niezbędne czynności i mamy dokumenty upoważniające do zaokrętowania. Wjazd na prom. W kabinie szybka kąpiel po męczącej podróży. Chwila relaksu w koi. Kolacja. Kilka piwek. Idziemy spać. Przed nami 19 godzin podróży przez Bałtyk do Nynasham.

Następnego dnia o 13 – tej rozpoczynamy podróż liczącą ok. 1500 km przez Szwecję i Norwegię do celu. Postanawiamy jechać „non stop”, a to dlatego, iż drogi szwedzkie są bardzo dobre , a im dalej na północ tym mniejszy ruch! Po drodze mijamy większe miasta środkowej Szwecji kierując się ogólnie na północ. Tuż za miastem Sundsvall zjeżdżamy z autostrady na boczną drogę. Teraz aż do samej granicy norweskiej wzdłuż drogi ciągną się nie przerwanie jeziora, lub rzeki. Nad którymi "żywego" ducha! W okolicy miasteczka Sorsele zjeżdżamy z asfaltu na drogę gruntową. Aby skrócić drogę o ok. 300 km. Jest środek nocy. Północ. Szaro, nie ciemno. Wszak jesteśmy niedaleko koła podbiegunowego. Jedziemy z przepisową prędkością która obowiązuje na szutrze, 70/km. Pilnie wypatrując łosi i reniferów, bo droga wije się przez las. Samochód robi nie co hałasu. Zwierzęta mają sporo czasu, aby usunąć się z drogi. Widzimy kilka razy łosie i inne drobne zwierzęta. Próby wykonania fotografii kończą się niepowodzeniem Łosie "dają nogę". Widać tylko ich "tylasy" oraz ślady  bytności w postaci okazałych kupek nawozu. Mijamy rzekę Laisalven i wędkarski "przystanek".Postanawiamy chwilę odpocząć.

Nad brzegiem rzeki szałas, drewutnia pełna drewna na ognisko oraz pieniek z wbitą siekierą. Nikt jej tu nie ukradnie! My również . Kilka kroków dalej slip – do wodowania łodzi! Nigdzie nad żadną rzeką w Polsce nie spotkałem się z takim ułatwieniem. Nawet nad morzem nie ma slipów dla łodzi wędkarzy. Cóż w naszym kraju wędkarzy nadal się traktuje jak nie szkodliwych maniaków. Temperatura waha się w granicach 1 – 2 stopnie C. Pijemy kawę. Kilka gryzów kanapki oraz rześkie powietrze usuwa zmęczenie i przywraca nam trzeżwość umysłu. Przejechaliśmy ponad 900 km. Do celu pozostaje jeszcze około 400 km. Przekraczając góry na granicy norwesko – szweckiej wpadamy w niewielką zamieć śnieżną! A raczej w zwiewane przez dość silny wiatr drobinki śniegu z lodowców. Temperatura około zera! Nad ranem wjeżdżamy do Norwegii zjeżdżając z gór. Robi się znacznie cieplej. Świeci słońce.

Do celu docieramy o 7 – mej rano w niedzielę. Telefon do gospodarza ośrodka! Po kilku minutach przyjeżdża trochę zaspany i zdziwiony Norweg. Pyta się czy jechaliśmy ”long". Po potwierdzeniu patrzy z podziwem. Wskazuje miejsce zakwaterowania. Pokazuje łódż. Mapy z zaznaczonymi miejscówkami. Oraz objaśnia jak posługiwać się sondą i GPS. Przestrzega przed wyjazdem na ryby z uwagi na dość silny i niekorzystny wiatr. Przyjmujemy tą informację z ulgą. Nie "musimy" na ryby! Wobec czego idziemy spać. Ale jak spać. Słońce prawie w zenicie. Jesteśmy w strefie podbiegunowej i właśnie rozpoczyna się półroczny polarny dzień. Jednak po chwili zmęczenie bierze górę. Wstajemy póżnym popołudniem. Przygotowujemy sprzęt. Wypłynięcie na ryby uniemożliwia utrzymujący się silny wiatr i duża fala. Wędkowanie odkładamy na jutrzejszy dzień. Rozpoczynamy od znanych sobie miejsc. Ryb dużo. Niestety nie wielkich rozmiarów. Łowimy tylko kilka dorszy wielkości 5 – 6 kg oraz całe masy czarniaków 60 – 70 cm. Czyli jak na tutejsze warunki maluchy. Każde oderwanie pilkera od dna kończy się braniem. Uderzenia są bardzo energiczne. Nie zawsze holowna ryba jest dobrze zacięta! Wiele się spina. Czasem bywa, że ryba zahaczona jest za ogon lub brzuch. Po wyhaczeniu jeżeli nie dość szybko się zanurza jest natychmiast atakowana przez mewy, które nie wiedzieć skąd się od razu pojawiają! Takie ptaszysko połyka dorsza w całości! Jest to dość zdumiewające, bo ryba jest prawie takiej samej wielkości co mewa!

Miejsce piękne! Wokół góry, gdzie niegdzie pokryte resztkami śniegu. W powietrzu mewy. Czasem widzimy szybujące orły. Coś niesamowitego. Jesteśmy sami w całym fiordzie. Cisza! Blisko brzegu słychać szum spadającej wody z topniejących lodowców! Szmaragdowy kolor oceanu. Sceneria iście bajkowa. Mam wrażenie, że zaraz wyjdą krasnoludki, lub trolle. Takie norweskie skrzaty z którymi należy żyć w zgodzie, bo mogą być złośliwe i rybki np. przestaną brać! Albo co gorsza mogą popsuć wspaniałą pogodę. Łowiąc ryby zmieniamy miejsca i głębokości. Szukamy dużych dorszy, oraz nieśmiało mówimy o halibucie. Bo spotkanie z ta rybą daje niesamowite emocje! W jednej z zatok fiordu postanawiamy spiningować dużymi gumami. Ryby interesują kopyta z domieszką czerwieni. Łowimy kilka okazałych dorszy. Głębokość około 20 metrów. W pewnej chwili nie daleko od łodzi mam tak silne uderzenie, że wędkę prawie wyrywa mi z ręki. Jakimś cudem udaje mi się jej nie wypuścić. Nawet nie wiem czy zacinam. Olbrzymi opór. Nie do ruszenia! To coś odpływa. Wędka wygięta do granic wytrzymałości. Nie wiem co się dzieje!!! Po chwili luz! Plecionka flaczeje, wędka przez chwilę jeszcze drga. To jakby konwulsje. Nie bardzo wiemy co się stało! Wszystko rozegrało się w kilka sekund. Słyszę - to chyba był halibut!? Nie wiem! Być może! Nie bardzo głęboko, piaszczyste dno. Ławice niewielkich dorszy i czarniaków. Wiosną halibuty lubią takie miejsca. A może inna jakaś duża ryba! Zmieniamy miejsca, szukając bardziej obiecujących. Głębokości różne od 20 metrów nawet do 100. Jednak im głębiej tym mniej ryb.

Po kilku dniach pobytu wybieramy, czy raczej typujemy łowiska na których to łowimy najwięcej i największe ryby. Rozłożone wachlarzowato od naszej bazy. Zaczynamy od najdalej położonego, a kończymy wędkowanie na najbliższym. Niektóre miejscówki oddalone są o około 30 do 40 min płynięcia od domku. Pamiętając, że jest to ocean, a pogoda w północnej Norwegii potrafi być bardzo kapryśna. Większość łowionych ryb wypuszczamy. Zabieramy tylko większe okazy. Im mniej ryb zabieramy, tym mamy mniej pracy przy filetowaniu. Część mrozimy z myślą o przywiezieniu do domu. Resztki po filetowaniu na prośbę gospodarza wyrzucamy do morza w pewnej odległości od portu. Wynoszony pojemnik z odpadami od razu dostrzegają mewy. Które od tego momentu towrzyszą nam do chwili  jego opróżnienia. Ptaszyska rzucają się z taką zajadłością na odpady, że przypomina mi to atak mew z filmu " Ptaki" Alfreda Hitchcoka.  

Ze względu na dużą presję wędkarską, prawie cała Europa łowi w Skandynawii. Norwedzy w trosce o swoje zasoby wprowadzili limity na ilości wywożonej ryby – jest to 15 kg fileta na osobę. Kontrole zdarzają się nawet po szweckiej stronie! A wtedy przestaje być wesoło. Kary są dość srogie. Przez cały pobyt w Norwegii na stole stoi talerz smażonych świeżo złowionych dorszy czy czarniaków. Mają niepowtarzalny smak. Czuć w nich słoność Oceanu! Pychota! Któregoś dnia postanawiamy łowić na martwe ryby! Żywiec w Norwegii jest zakazany. Szybko łowimy niewielkie dorsze takie ok. 50 cm. Głębokość łowiska 30 metrów. Ryby zawieszamy około metra nad dnem. Cisza. Siedzimy spokojnie! Nie jesteśmy zmuszeni do jigowania dość ciężkimi pilkerami. A to, jakby nie było, jest dość męczące. Branie! Po chwili wyciągam dość okazałego dorsza! Kolega również ma branie! Bardziej energiczne! Zacina! Cały zestaw stoi w miejscu! Czyżby zaczep?!. Daje mi wędkę – mówiąc co to jest? Czuję chyba pulsowanie na drugim jej końcu. Kij wraca w ręce właściciela! W pewnym momencie domniemany zaczep rusza. Odpływa tylko kilka metrów. Zaczyna się siłowanie. Siedzę jak oniemiały. Czegoś takiego w życiu nie widziałem. Kolega wkłada całą silę w utrzymanie wędki. Próbuje kręcić multiplikatorem. Nie ma mowy, żeby ruszyć choć raz korbką. Takie zapasy trwają może minutę, może dwie,może więcej. Byłem tak zafascynowany tym co widzę, że nie zrobiłem zdjęcia! Czego bardzo żałuję. Od czasu do czasu terkot hamulca. Nie mamy pojęcia co robić dalej! Sprawę rozwiązuje sprzęt. Z wielkim hukiem kij pęka! Złamał się kilka centymetrów poniżej składania. Luz na żyłce. Połowa kija ląduje w wodzie. Kręcąc kołowrotkiem wyciąga złamaną końcówkę wędki i cały zestaw! Oczywiście bez tego potwora z głębin. Na blanku litery i cyfry: c.w. 50 lbs. Ja mam podobną wędkę! Do tej chwili wydawało mi się, że sprzęt jest dostateczny. A teraz wiem jak bardzo się myliłem. Oboje uważamy że sprawcą naszych strat był z całą pewnością pokażny halibut. Cóż człowiek przy całej swojej arogancji nie zawsze jest w stanie sprostać przeciwnikowi skrywającemu się w morskich odmętach. Tym razem wygrała ryba. Trzeba to przyjąć z pokorą! Może następnym razem będzie więcej szczęścia i umiejętności.

Łowimy rożne odmiany dorszy – rdzawce oraz tzw. czerwonego dorsza. Po wyciągnięciu z wody taka ryba przez chwilę wydaje się być czerwono – rdzawa. Nie wiem, czy taki rodzaj ryby jest opisywany w literaturze. Rybę o takim zabarwieniu widziałem. Udało się nam nawet wyholować z głębin kilka razy niewielkie karmazyny. Jesteśmy świadkami ataku orła na pływającą przy powierzchni rybę, kilka metrów od naszej łodzi . Ryba mogła mieć ok. 2 kg. Orzeł uniósł ją bez wysiłku. Prawie jak bym oglądał film na National Geographic. W przerwach po między pływami oceanu, czekając na przypływ łowimy ryby z brzegu. Od czasu do czasu trafia się okazały dorsz. Tubylcy nie bardzo są skłonni uwierzyć, iż dorsze można łowić trochę bardziej finezyjnie. Wszyscy tu i my również wypływając na ryby używamy, grubych plecionek np. 0.30 i żyłek o średnicy przynajmniej 0.80 mm i grubsze. Kije przypominają bardziej sztywne pały niż wędki w naszym rozumieniu ( wędkarzy lądowych ). A i tak ryby nie raz, wygrywają to emocjonujące przeciąganie liny. Któregoś dnia gospodarz informuje nas, że w niedalekiej okolicy jest możliwość spinningowania na jeziorze i w pobliżu ujścia rzeki do morza. Nie są potrzebne żadne licencje. Postanawiamy się tam wybrać. A nuż złowimy morską troć czy łososia. W morzu niestety nie mamy żadnego brania. W jeziorze natomiast po pierwszym rzucie na brzegu ląduje troć mająca ok. 40 cm. Mimo że zmieniamy przynęty i sposoby prowadzenia nic więcej nie łowimy! Widać w Norwegii też ryby kapryszą! W domu rozmawiamy o halibucie. Już wiem, że aby pokonać dorodnego "halego" trzeba się odpowiednio przygotować i dysponować sprzętem do wyciągania "łodzi podwodnych"! Wyprawa bardzo udana. Obfitość ryb powoduje zamęt w głowie. Jedno wiem na pewno! Wrócę tu najszybciej jak tylko się da! Jedyną rzeczą która trochę mnie stymuluje jest odległość. Od mojego miejsca zamieszkania do celu jest pond 2500 tyś. kilometrów. Chcąc przeżyć przygodę trzeba nie co się pomęczyć. Może następnym razem uda się pokonać wielką rybę! Niedaleko miejsc w których łowiliśmy w 2009 roku złowiono na wędkę halibuta o wadze 210 kg i 245 cm długości. Aż strach pomyśleć, że takie monstrum może połakomić się na naszą przynętę! Już zaczynam planować następną wyprawę! Może złowię takiego samego! A może większego!!!!  A co! Marzyć każdy może! 

P.S. na jednym ze zdjęć jest norweska "woda rozmowna ! Proszę zwrócić uwagę na "voltaż". Nawet nie trzeba zapijać! :)!

 

Komentarze 

 
#1 glizdziarz 2011-11-30 11:03
Andrzeju genialny tekst. Tylko pozazdrościć takiej wyprawy
 
 
#2 salto 2011-11-30 18:44
Kapitalny tekst oraz zdjęcia. :-)
Szkoda że to tak daleko bo można by zlocik TFC tam zorganizować :-*
 
 
#3 ryzel1976 2011-12-01 17:22
Niesamowita wyprawa.
Podziw dla wytrwałości podczas jazdy. Tyle godzin. Rekompensatą waszego zmęczenia były niesamowite widoki. No ale dla takiej Przygody przez duże P warto się poświęcić. Gratuluję tekstu Andrzeju. Mam nadzięję ,ze pobijesz ten rekord w złowieniu Wielkiego " Halego " :lol:
 

Dodawanie komentarzy dostępne jest wyłącznie dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się lub zarejestruj jeżeli nie masz jeszcze konta w serwisie tinca.pl

Copyright © 2012 tinca.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem dostępnym na licencji GNU GPL. joomla themes, reseller hosting

stat4u


Recommended service:
online dating site