tinca.pl
Alandy 2010.
Wpisany przez Andrzej Pióro   
piątek, 02 lipca 2010 19:44

alandyW końcu nadchodzi termin długo oczekiwanej  wyprawy wędkarskiej na Alandy! Przyjdzie osobiście zweryfikować opinie o tych wodach. Pełne ponoć kolosalnych szczupaków, sandaczy i okoni! Przed nami droga do Gdyni po koszmarnych polskich drogach!  Grupa nasza liczy osiem osób. Andrzej, Kazik, Michał, Wojtek, Marek, Jurek,  Zdzichu i ja też Andrzej. Znamy się od lat. Odbyliśmy nie jedną wyprawę wędkarską w Polsce i Skandynawii.    Po Polsce podróżujemy trzema samochodami z dwóch rożnych miejsc kraju. Spotykamy się na parkingu przed przystanią promową w Gdyni. Z trzech samochodów musimy przesiąść się do dwóch! Chwila zamieszania. Pasażerowie i bagaże oraz sprzęt zostają przepakowane. Wjeżdżamy na prom! Przed nami cała noc przeprawy przez Bałtyk. Rano cumujemy w Karlskronie już po szwedzkiej stronie Bałtyku. Z powodu pewnych zawirowań z biletami promowymi , mamy do pokonania 600 km przez Szwecję. Do następnej przeprawy promowej w Grisslehamn. Z którego to miejsca wyruszają promy na Alandy i dalej do Finlandii i Krajów Bałtyckich.  Po dość uciążliwej drodze docieramy wreszcie do celu. Okrętujemy się na kolejny prom i po około dwóch godzinach  meldujemy się w  miejscowości Eckero już na Alandach.

Ostatni odcinek drogi pokonujemy nie śpiesznie samochodami. Dozwolona prędkość na alandzkich drogach wynosi 90 km/h.  Po drodze dzwonimy do właścicieli ośrodka w którym mamy wynajęty domek. Informują ,że przygotowany domek ma nr 8 i czeka na nas. Około północy jesteśmy u celu! Podróż na miejsce zajęła nam 38 godzin. Strefa czasowa na wyspach alandzkich w stosunku do Polski jest o godzinę wcześniejsza. Rano pojawia się właściciel przywozi dwa karnistry benzyny i kluczyki do silników. Nieśmiało informuje, że ryby słabo żerują! Zostawia plany batymetryczne i informacje o obszarach łowiska na które mamy wykupioną licencję! Mamy do obłowienia spory fragment wód przybrzeżnych i otwartego morza! Jesteśmy pełni nadziei.

Alandy  - tajemnicze słowo, wypowiadane z nabożną czcią przez wędkarzy z całej Europy. Fińska nazwa tego rejonu  to "Okoniowa góra". Daje do myślenia! Alandy  archipelag położony u wejścia do zatoki botnickiej. Składa się z ponad 6.5 tyś. skalistych wysp i wysepek w większości bezludnych. Tylko na kilku największych mieszka trochę ludzi. Administracyjnie należą do Finlandii. Językiem urzędowym  jest szwecki. Jedynym miastem i zarazem  stolicą jest Marienhamn. Zostało założone w 1861 roku i nazwane Maria Aleksandrowna na cześć żony cara Rosji  Aleksandara II. Alandy to strefa zdemilitaryzowana.  Na ich terytorium nie mogą stacjonować, ani być budowane żadne obiekty wojskowe. Nie wolno również przelatywać samolotom wojskowym, ani pływać po ich wodach okrętom wojennym. Decyzja o tym, że Alandy są wolne od obiektów wojskowych zapadła już w 1856 r. na międzynarodowej konwencji w Paryżu.

W chwili obecnej Alandy są autonomiczną prowincją Finlandii. Posiadają własny 30 osobowy parlament, flagę i godło. Cała ludność liczy około 25,5 tyś mieszkańców. W 90% pochodzenia szweckiego. Z owych 6.5 tyś. wysepek zamieszkanych jest obecnie tylko 30. Niektóre sezonowo!

W tutejszych wodach obok ryb które wymieniłem wcześniej występują: łosoś, troć , jaz, płoć leszcz oraz lin. Z morskich śledzie, dorsze i inne. Więc pole do popisu mamy wielkie!

Po formalnościach związanych z informacją o łowisku i przygotowaniu sprzętu pływającego, zbroimy wędki i na wodę!  Po chwili  radosny okrzyk. Mam! Kolega Kazio zacina pierwszego zębacza alandzkiego, mierzy około 80 cm.  Chwilę póżniej ma drugiego! Jak na początek to bardzo obiecujący wynik! Na ekranie mojej echosondy głębokość około 3-4 metrów i zapisy ryb. Biczujemy wodę zmieniając co jakiś czas przynęty - efekt żaden!  Pierwszego dnia padły tylko te dwa szczupaki. Co prawda dość okazałe, ale tylko dwa. Przy kolacji opowiadamy i zdajemy relacje z całego dnia. Planujemy następny dzień. Trochę trudno się zasypia bo właśnie jesteśmy w okresie tak zwanych "białych nocy "Jeszcze o godzinie 23-ciej świeci słońce! Po porannym bardzo obfitym śniadaniu wyruszamy na wodę. Na cały dzień. Umawiamy się na przystani około godziny 18- 19. Każda łódż i jej załoga wybiera inny rejon wody. Po kilku godzinnym bez owocnym  machaniu wędziskiem, postanawiam odpocząć! Myślę co zrobić, żeby skłonić ryby do współpracy. Postanawiam spróbować bocznego troka. Po niedługim czasie melduje się pierwszy okonek . Ma około 15 cm. Potem drugi i jeszcze kilka. Na ekranie echosondy mnóstwo ikonek, rybich sylwetek. Nagle nie wiedzieć czemu brania ustają. Zmieniamy miejsca, sposoby łowienia, przynęty.  Nic  nie pomaga! Martwa woda. Mimo że na ekranie sondy cały czas są ikonki pokazujące ryby. Drugi dzień i właściwie jestem bez kontaktu z rybą! Cały czas mam echosondę włączoną, dla bezpieczeństwa bo w niektórych miejscach kamienie są tuż pod powierzchnią wody. O nieszczęście więc nie trudno. Znajduję dość głęboki rów. Ma około 15 metrów. Są zapisy. Postanawiam spróbować zestawu śledziowego. Po chwili czuję branie na kiju. Zacinam. Wyciągam dwa śledzie. Jeden się odpina i spada do wody. Wykonuję kilkadziesiąt rzutów. Efekt zerowy. Wracam do przystani. Mam dość!  W tym dniu tylko kolega Marek i Andrzej mogą pochwalić się szczupakami. Mają dwa, każdy w granicach 90 cm. Oba wracają do wody! Po kolacji dzieląc się informacjami co gdzie i jak, wypijamy kilka drinków ( w celu szybszego zaśnięcia ) i zmęczeni do łóżek. Bo jutro znowu trzeba na ryby!  Rano postanawiamy odpłynąć od bazy nie co dalej. Wszak obszar naszej licencji jest dość spory ma około 50 ha.  W pewnym momencie obok stromej skały echosonda pokazuje głębokość 50 m i ikonki ryb. Zakładam nie wielkiego pilkera i przywieszki dorszowe. Zaczynam dżigowanie. Po kilkunastu ruchach wędki czuję na kiju żywe pulsowanie. Uradowany tym, że mam rybę zaczynam zwijać zestaw.  Rybką okazuje się głowacz.. Wraca do wody. W tym miejscu złowiłem jeszcze kilka głowaczy i nic więcej. Płyniemy dalej odkrywamy nie wielką zatokę, ze wszystkich stron osłoniętą skałami i lasem. Głębokość sięga około 5 - 6 metrów.  Jesteśmy w cztery łodzie, czyli w komplecie. Po chwili kolega Zdzichu melduje ,że ma branie. Rybą tą okazuje się dość pokażnych rozmiarów pstrąg tęczowy. Chodż inni koledzy mają zdanie, że jest to troć. Przy lekkim naciśnięciu na powłoki brzuszne sypie się pomarańczowa ikra. Ryba czym prędzej wraca do wody. Pozostawiając nie rozstrzygnięty spór pstrąg to czy troć! Za trocią przemawia że jest to rejon zatoki botnickiej gdzie trocie i łososie odbywają tarło. Za pstrągiem to ,że wzdłuż ciała ma wyrażny  jasnorózowy pas. A może to krzyżówka obu ryb, bo dość łatwo ze sobą się krzyżują. W zatoce tej łowimy kilka szczupaków. Wszystkie nie głębiej niż jeden metr. Ja używałem śledziopodobnego woblera wykonanego przez kol. Kobikobi. Wobler ten schodzi na dość dużą głębokość sięgającą ok. 3 do 4 metrów. Zmieniam woblera na innego, też kol. Kobikobi.. Z racji tego, że szczupaki stoją w bardzo płytkich miejscach, wobler nie może nurkować głębiej niż jeden metr. Potwierdzeniem tego że szczupaki stoją w bardzo płytkich miejscach, był nie udany rzut kolegi. Wobler wylądował na brzegu pośród kamieni. Przy ściąganiu go do wody, nastąpiło branie. Głębokość w tym miejscu nie sięgała nawet 50 cm. Szczupaczek też miał długość ok. 50 cm. W tym dniu zabieramy tylko dwa szczupaki i to nie większe niż 70 cm. Wszystkie inne wracają do wody. Tak minął kolejny dzień. W drodze powrotnej mieliśmy trochę emocji z racji tego, że zerwał się dość silny wiatr. W zatoce  nie był odczuwalny. Spowodował nie wielkie  falowanie morza. Przy wielkości naszych łódek fale wydawały się ogromne. Szczęśliwie pokonaliśmy niebezpieczny odcinek Zatokę tą nazwaliśmy "zatoką szczupaków".  Codziennie ktoś łowił w tym miejscu jednego lub dwa szczupaki. Któregoś dnia postanawiamy pojechać do stolicy wysp alandzkich - Marienhamnu. Trafiamy do sklepu wędkarskiego w którym kupuję tutejszą przynętę do trollingu. Oczywiście z myślą o trociach i łososiach . Ładne nie duże miasteczko. Na ulicy dostrzegamy panie zajmujące się najstarszym zawodem na świecie.

Jako przykładni mężowie i ojcowie rodzin, nie próbujemy nawiązać kontaktu. Po za tym żal się pozbywać euro dla tak przyziemnych spraw. Póżnym popołudniem wracamy do bazy. Wszak trzeba na ryby. Kolejna strategia w poszukiwaniu ryb. Pływamy bliżej i dalej może ktoś namierzy stanowiska szczupaków, czy innych drapieżników. Łowimy po jednym dwa szczupaki dziennie. O wiele mniej niż się spodziewaliśmy. Myślę że za taki stan jest odpowiedzialna tegoroczna zima i jej długość. Oraz duża presja wędkarzy z całej Europy. Mimo, że na wodzie przez  cały pobyt spotkaliśmy tylko jedną łódż wędkarzy z Finlandii.  Szczupaków nie było dużo, za to większość mierzyła w granicach 80 - 90 cm. Padł jeden okoń wielkości około 40 cm. Któregoś dnia postanowiliśmy opłynąć dokoła cały obszar naszej licencji. Na zdjęciach zaznaczony kolorem niebieskim. Przez większą część drogi trollingowałem przy użyciu zakupionego na miejscu woblera. Niestety bez skutku!  Mimo nie wielkiej ilości łowionych ryb, uważam wyprawę za udaną. Alandy to oaza spokoju i ciszy. Gdzie zwierzęta i ptaki mają równe prawa co ludzie. Ptaki nawet większe. W okresie lęgów ptasich na większości wysp zamieszkałych przez ptaki wstęp jest surowo wzbroniony. Pod grożbą wysokich kar.    Obecność ludzi na łodziach wędkarskich, nawet blisko wysiadujących jaja ptaków, nie budzi ich niepokoju. Wiedzą, że są bezpieczne!

Na załączonych zdjęciach jest to co opisałem w tekście. Kolorem żółtym zaznaczona zatoka szczupaków, zielonym 50 metrowa głębia. Żółtym jeszcze jedno miejsce szczupakowe. Różowym nasza baza. Woblery kol. Kobikobi, alandzka przynęta do trolingu. Nasz domek i widoki jakie rozciągały się z okien  i tarasu. Oraz tablica informacyjna kto i jaki numer domku zajmuje. Przystań z łodziami, oraz moja łódż. Cały sprzęt od pierwszego dnia zostawał na łodzi. W Polskich warunkach nie pojęte. Nawet domek nie był zamykany na klucz pod naszą nieobecność! I jeszcze jedna rzecz rzucająca się w oczy! Nigdzie, ale to nigdzie na brzegu czy w wodzie, nie znalazłem nawet najmniejszego śladu śmieci! Nie było puszek po piwie, czy pudełek po przynętach itd. Chciałbym aby kiedyś polskie łowiska tak wyglądały. Bez walających się wszędzie  odpadków cywilizacyjnych!!  A świadomość wędkarzy i ludności w sprawach ekologii była na normalnym europejskim poziomie. Żeby nie trzeba się wstydzić. Oraz  by łachudry w gumofilcach nie grabiły ryb przy pomocy sieci, prądu i Bóg raczy wiedzieć jakich jeszcze urządzeń. Tak w skrócie wyglądała moja tegoroczna wyprawa wędkarska! Już planuję następną również do Skandynawii. Tym razem pewnie do Norwegii, za koło podbiegunowe. W poszukiwaniu dorszy, czerniaków i halibutów. A przede wszystkim wędkarskich wrażeń .

alandy

 

Komentarze 

 
#1 glizdziarz 2010-07-03 16:57
Świetny tekst. Tylko pozazdrościć.
 
 
#2 KOBIKOBI1 2010-07-04 10:15
Tylko pozazdrościć takiej wyprawy i szczupaczków w granicach metra.No i oczywiście dzięki za dobre słowo o moich woblerach.
Pozdrawiam.
KOBI
 
 
#3 mlody1995 2010-07-04 13:21
Tek świetny. ;-)
Przygoda też zaliczona 8)
Rybki jak to rybki.Nie zawsze współpracują ;-) :D
 
 
#4 rycerz930 2010-07-04 21:45
Gratuluję ryb i wrażeń zaliczonych w ,, innym świecie '' .Po pobycie w takiej oazie spokoju , ciężko pewnie wraca się do naszej szarej rzeczywistości ... Pozdrawiam .
 
 
#5 Adrian 2010-07-07 17:57
Tekst świetny :-)a tych czystych i bogatych w ryby łowisk możemy im na razie pozazdrościć...
 
 
#6 ppawel 2010-07-09 11:38
Longinie fajna wyprawa. Rybki jak rybki nie zawsze są okazy. Za to widoki przepiękne, życzę Ci kolejnych wypraw w takie okolice :D
 

Dodawanie komentarzy dostępne jest wyłącznie dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się lub zarejestruj jeżeli nie masz jeszcze konta w serwisie tinca.pl

Copyright © 2012 tinca.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem dostępnym na licencji GNU GPL. joomla themes, reseller hosting

stat4u


Recommended service:
online dating site