| Nocna zasiadka. |
| Wpisany przez Przemek Graczkowski | |||
| piątek, 25 czerwca 2010 22:40 | |||
|
Jadąc połapać karaski w prywatnym stawie znajomego, w celu przepuszczenia do jeziorka Patryka zauroczyliśmy się małym jeziorkiem Gubiny. Jak to u zapaleńców bywa już dwa dni później byliśmy na łowisku w celu rozpoznania miejscówek i wypytania miejscowych w celu przygotowania nocnej zasiadki. Pierwsze wybraliśmy stanowisko w pobliżu grążeli jednak płytka w tym miejscu woda zmusiła nasz do dalszych poszukiwań. Przeszliśmy się na przestronny pomost mogący spokojnie pomieścić trójkę wędkarzy pozwalając połowić metodą pełnego zestawu w celu kolejnego etapu przygotowań do Maratonu Wędkarskiego w którym to mieliśmy wziąć udział. Odpowiednia głębokość i bliskość podwodnej łączki sprawiły, że to właśnie miejsce wybraliśmy na naszą zasiadkę. Przygotowywaliśmy się solidnie nęcąc nasze stanowisko co dwa dni zwiększając nieznacznie ilość zanęty. Piątkowy dzień nie napawał optymizmem, ciemne chmury nadciągające z południa i prognoza pogody zapowiadały opady deszczu, jakimi byśmy byli wędkarzami gdybyśmy się bali, że nam dupska zmoczy. Klamka zapadła jedziemy. Stawiłem się nad jeziorem pierwszy i jak to bywa stanowisko zajęte. Jednak miła rozmowa ze starszym panem rozwiała najczarniejszy scenariusz, gdyż Pan Kazio zostawał jeszcze godzinkę i wracał do domu. Rozłożyłem swój siedmiometrowy bacik i przysiadłem obok starszego Pana, który to zdradził mi wiele sekretów łowiska. Czas mija szybko, złowiliśmy kilka niewielki płotek i wspaniały wędkarz musiał wracać do swojej rodzinki, ja natomiast rozpocząłem noszenie sprzętu. Wędziska, zanęta, grill, jedzonko oraz pochodnie wylądowały na deskach pomostu. Zapach dobrze przyprawionej karkówki sprawił, że w niedługim czasie pojawił się Patryk, a po chwili Paweł mogący zostać tylko do zmierzchu z powodów rodzinnych. Wymiana uprzejmości i przystąpiliśmy do wędkowania, rybki brały słabo za to chmury stawały się coraz bardziej złowieszcze. Brak ewentualnego schronienia i niezbyt ciekawa perspektywa spędzenia nocy w aucie spowodowały bardzo ograniczoną konsumpcję złocistego napoju. O 21 Paweł wyciągnął leszczyka 37 cm, który szybko wrócił do wody z prośbą o "przyprowadzenie babci" co skwitowaliśmy salwą śmiechu, gdyż kolega zawsze utrzymywał, że woli młodsze. Nasze marzenia, o spokojnym nocnym wędkowaniu, prysły chwilę po odjeździe Pawła. Ulewa jak rozpętała się nad nami sprawiła, że po odłożeniu wędek i zejściu z pomostu byliśmy przemoczeniu do suchej nitki. Zmiana odzienia, godzina w aucie, jest nadzieja przestało padać. Wracamy do wędkowania, brania stały się bardziej intensywne i co chwilę na haku wieszała się płotka czy leszczyk, zaabsorbowani wędkowaniem nawet nie zauważyliśmy gdy ponownie zaczęło padać. Tym razem postanowiliśmy się poddać i pojechać do mojego domu, ogrzać się i o ile pogoda pozwoli wrócić na łowisko o 3 nad ranem. Jak napisał kiedyś Tinca "planowanie to czas stracony", mieliśmy odpocząć, zamiast tego wdaliśmy się w przyjacielską pogawędkę i tak niewyspani udaliśmy się do miejsca przeznaczenia. Pomost oczywiście był wolny "tylko tacy wariaci jak my" jak to powiedział Patryk mogą wędkować w taką pogodę. Tym razem, pomni wieczorno-nocnych wydarzeń na pomost zabieramy tylko to co najpotrzebniejsze. Wrzucamy po kulce zanęty, otwieramy schłodzone piwko gdy powolny odjazd spławika sygnalizuje branie. Zacięcie i rozpoczyna się pełen emocji hol, rybka odjeżdża w kierunku trzcin, to zawraca na podwodną łączkę historia powtarza się kilkakrotnie, czekam z przygotowanym podbierakiem, aby podebrać pięknego leszcza. Całe 54 centymetry i 1,7kg szczęścia wędkarza. Gratulacje i łowimy dalej, leszczyki do 40 centymetrów współpracują znakomicie. Mamy nadzieję, że nasza mieszanka sprawdzi się również na Maratonie i zajmiemy dobrą pozycję. Z rozmowy wyrywa mnie gwałtowne zanurzenie spławika, zacięcie i czuję mocny opór po drugiej stronie. Ryba nie daje mi szans i muszę uznać wyższość przeciwnika. Montuję kolejny zestaw podbierając rybki przyjacielowi zastanawiając się jak duża sztuka połakomiła się na trzy białe robaki zrywając dość solidny zestaw 0,17. Wędkowanie kończymy tuż po 9 gdyż obowiązki wzywają do domu, a my musimy się jeszcze solidnie wyspać. Efektem naszej wyprawy oprócz niezapomnianych przygód i kolejnych chwil obcowania z przyrodą było kilkadziesiąt leszczyków i jedna łopata która po pamiątkowym zdjęciu wróciła do wody. Jak tu nie kochać naszego hobby?
|
Recommended service:
online dating site


Komentarze
Świetny tekst.
Pozdrawiam.