| Urlop 2008 |
| Wpisany przez Marcin Malec | |
| poniedziałek, 28 marca 2011 12:01 | |
|
Pamiętam, gdy byłem dzieckiem, jak całą rodziną jeździliśmy pod namioty na Turawę, na wyrobiska do Kosorowic i wreszcie na „Cegielnię” w Krępnej. Pamiętam wspaniałe nocne leszcze, wspominam ponadmetrowe węgorze łowione przez ojca, pamiętam niezliczone sztuki pięknych okoni i kolację z rumianych płoci. Ja też tak Chciałem. Kilka poważnych rozmów z moją jeszcze wtedy małżonką, zapewnień, kilka obietnic i w końcu jest zgoda: JEDZIEMY !!! No to przygotowania do wyjazdu: Termin ustalony – początek sierpnia, zaraz po weselu Ryśka, lista zakupów, właściwie dwie listy: Jedną sporządza Aneta i planuje wikt i opierunek, mnie natomiast pochłania planowanie zanęt, przynęt i w myślach planuje strategię nęcenia i łowienia. Listy są, więc jedziemy do Lublina na zakupy. Kilogramy pęczaku, grochu, zanęty sypkiej i dziesiątki puszek kukurydzy. Aneta zaopatruje nas w jedzenie, opatrunki itp. Nie kupujemy za dużo, dokupimy na Opolszczyźnie, nie ma sensu wieźć tego 500km. Powstaje nowa idea: Kupujemy pawilon !!! Przyda się na słoneczne i upalne dni. Pakowanie wysłużonego Passata kombi wymaga umiejętności nie lada, ale i z tym sobie radzimy. Do ostatniego momentu pozostaje nam tylko wybór łowiska i miejsca na rozbicie grajdołu. Postanowiliśmy nie decydować „na pałę”, tylko po przyjeździe do teściów przed weselem, objedziemy kilka wód i oboje wybierzemy to jedno miejsce. Tak też się stało: objeździliśmy kilka akwenów, pooglądaliśmy miejsca i wspólnie zdecydowaliśmy się na „Cegielnię” w Krępnej koło Zdzieszowic. (Szczerze mówiąc na to liczyłem). Wesele, było super, bawiłem się przednio. Lecz i tam nie uniknąłem myśli o „Cegielni”, myślami już tam byłem. I Stało się, stało się w poniedziałek rano (w niedzielę byłem jeszcze chory).Zajechaliśmy na „nasze” miejsce i w akompaniamencie muzyki oraz przy kilku piwach zaczęliśmy urządzać nasze małe domostwo. Do wieczora w miejscu centralnym stanął pawilon, jako centrum działalności towarzysko wędkarskiej. Po bokach jeden namiot sypialny, jeden namiot gospodarczy, jako magazyn i jeden namiocik do zabawy dla dzieci, które mieliśmy przywieźć następnego dnia. Wiaderkami napełniłem również basen dla latorośli, bo w jeziorze nie było miejsca bezpiecznego na kąpiel i zabawę w wodzie. Przygotowałem również ponton do wywozu zanęt. Wieczorem zająłem się gotowaniem grochu, pęczaku i segregowaniem sprzętu wędkarskiego. Przy grillu, piwie i cichej muzyce, planowaliśmy strategię połowów, że jedna wędka stoi z trupkiem, bądź filetem na sandacza i węgorza. Ja odległościówka na płoć i leszcza. Aneta zbroi „grunt” na karpia i lina a jedną trzymać będzie na żywca, którego z całą pewnością pozyskamy przy pomocy dzieci i bacika. Ambitne plany, ale trzeba iść spać, jutro jeszcze dużo pracy przed nami: Aneta jedzie po dzieci do teściów a ja rozpoznaję, nęcę łowisko i porządkuję obręb naszego obozowiska. Pierwsze rozczarowanie – spinningując zauważyłem, że w wachlarzu i zasięgu rzutów, dno jest całe porośnięte moczarką. Co rzut, to warkocz ziela. Przecież kilkanaście lat temu, nie było tutaj żadnej roślinności podwodnej. Trzeba to zbadać dogłębniej. Maska nurkowa, ponton i dalej dawaj nurkować do dna (ok. 4-5m). Całe dno porośnięte na wysokość około 1,5 m. Szok, nie ma żadnego wolnego od roślinności placu. Istna podwodna wysoka łąka. Oznajmiam to żonie i proponuję przeniesienie grajdołu na inne jezioro. Lecz w odpowiedzi dostaję: „obiecałeś, że nie ryby będą najważniejsze”. Bądź, co bądź obiecałem, więc słowa dotrzymuję i choć nie chętnie, zgadzam się na pozostanie tutaj. Z gruntu nie da się łowić, spławik, tylko z wieszaka a na żywca nic nie bierze. Radochę mają tylko dzieci, na baciki 5m z wieszaka za trzcinami, tłuką piękne „krasnopióry”, czasami trafił się okonik albo mały leszczyk, wyjątkiem bywały „patelniane” płotki. Tak oto właśnie dzieci były dostarczycielami ryb na kolacje. Mijał kolejny, chyba już szósty dzień naszego urlopowania w słonecznej, pięknej pogodzie. Zabawa z dziećmi, kąpiele w baseniku i wygłupy. Z łowienia to tylko te krasnopiórki (18 – 25 cm) dają trochę radości. Ale przecież nie samą rybą człowiek żyje, ryby nie brały a właściwie nie dało się ich łowić w tych warunkach, w tym podwodnym zielsku. Po południu nie stąd ni z owąd zerwał się wiatr, zrobiło się nagle ciemno. Wiatr z minuty na minutę stawał się coraz gwałtowniejszy. Ustawiłem auto tyłem do kierunku wiatru, zaciągnąłem hamulec i wbiłem wsteczny bieg. Do auta schowałem dzieci a ja z Anetą staraliśmy się zabezpieczyć rzeczy, które pozostały na dworze.
O Boże !!! Wszystko zaczęło fruwać, wicher był straszny. Stół turystyczny wzbił się w powietrze i mogłem tylko zaobserwować, w którym kierunku i na jakiej wysokości leci, krzesła się poskładały i odturlały na ścianę trzcin na odległość około 100 metrów. My w tym czasie trzymaliśmy pawilon, który pod naporem wiatru zaczął się wyginać i łamać. Tropik z pawilonu, pomimo iż przymocowany do stelaża odfrunął z metalowymi elementami. Wszystko diabli wzięli, wszystko połamane.
Pozostało tylko posprzątać i wynosić się z miejsca, które zaczęło nam się źle kojarzyć. Aneta zawiozła na noc dzieci do teściów a później razem zaczęliśmy wszystko pakować do samochodu. Przespaliśmy w aucie jeszcze jedną noc , aby rankiem ruszyć w poszukiwaniu nowego miejsca, by rozbić to, co nam jeszcze zostało. (sam się dziwę, że Aneta , chciała kontynuować urlop nad wodą). Kolejnym naszym celem było „Nowe wyrobisko” również w Krępnej. Upatrzyłem miejsce na nasz nowy (mniejszy) obóz i na przód. Ale niestety nie dojechaliśmy w miejsce przeznaczenia, bo po tej burzy droga tak rozmokła, że nasz poczciwy passat, który nie jedno już przeszedł, zakopał się na amen i ani do przodu, ani do tyłu – po prostu DUPA. Ale, na kogo można liczyć, jak nie na kolegów wędkarzy, którzy właśnie urządzili sobie maraton wędkarski. Za pomocą kilku łopat, kilkunastu wspaniałych mężczyzn wygramoliliśmy auto z błota.
Podziękowawszy ruszyliśmy dalej na „Linowy” w Januszkowicach i z mozołem zaczęliśmy rozbijać nowe obozowisko. Prace trwały całe późne popołudnie, cały wieczór i trochę nocy. Wszystko, co mokre, trzeba było wysuszyć na prowizorycznie wykonanej suszarce przy ognisku. W nowym miejscu pobytowaliśmy jeszcze tydzień, gdzie pogoda i ryby dopisywały. Podeszła gruba płoć, karp porwał zestaw, okonie sporadycznie, ale zagryzały robaka. Dwa duże szczupaki odeszły z częścią wyposażenia żywcówki. Żona wyholowała pierwszego swojego węgorza a dzieci nadal „trzepały” krasnopiórki. Pogoda, która zasiała tyle grozy na „Cegielni”, która pozostawiła na nas piętno strachu, stała się moim (wędkarza) zbawieniem. Do końca pobytu na „Linowym”, dopisywał dobry humor, rybki współpracowały. Rodzina przyjeżdżała z zapasem chmielu na ogniska i pieczone rybki. Zabawy nie było końca …
No, skończył się urlop.
|
Recommended service:
online dating site
Jak chyba każdy wędkarz, marzyłem zawsze o urlopie nad wodą. Prawda, że miewałem weekendy wędkarskie, że jeździłem na kilka dni na ryby, ale mimo to zawsze jednak chciałem pojechać na conajmniej dwa tygodnie. Moim marzeniem było spokojne bez pośpiechu nęcenie, spokojne oczekiwanie na brania dużych ryb i błogi spokój.
Gdy tylko wiatr trochę ucichł, nakazałem Anecie pozbierać, co się tylko da i pokładać od strony zawietrznej pod autem a ja tym czasem udałem się wektorem „lotu” stolika. Znalazłem go jakieś 300 metrów dalej w polu kukurydzy. Wziąłem, więc go i jak tylko szybko mogłem, biegłem do miejsca, w którym jeszcze pół godziny wcześniej był nasz poukładany „świat”.Biegłem szybko, bo widziałem nadchodzące kolejne tornado. Dobiegając już do celu poczułem kilka mocnych uderzeń po ciele i usłyszałem głośne dudnienie karoserii samochodu, zorientowałem się, że to grad wali po aucie i po ciele. Natychmiast ze stolika zrobiłem sobie ala parasol i pod jego osłoną chciałem pokonać jeszcze kilka metrów, by mogła się ze mną skryć Aneta. Niestety wiatr nie pozwalał mi pokonać choćby metra. Nawołałem więc Anetę, by dobiegła do mnie. Skuleni oraz walczący z wiatrem, mając za schronienie tylko stolik musieliśmy przeczekać tę nawałnicę wiatru i gradu wielkości kurzego jajka. Z samochodu dochodziły do nas głośne wrzaski i krzyki dzieci, które co zrozumiałe bały się tego całego zdarzenia. Dla dobra naszych pociech, porzuciliśmy stół i biegiem do samochodu, by uspokoić dzieci. W samochodzie w ciągu zaledwie pięciu, może dziesięciu minut, doczekaliśmy …. Pięknej, słonecznej pogody.






Komentarze
Jak na razie mieliśmy tylko dwie okazję na takie wyjazdy i bardzo mile je wspominam.
Nie narzeka na zimno (raz się zdarzyło) na komary, muchy, robaki w namiocie, słońce wręcz uwielbia (w przeciwieństwie do mnie). jeśli urlop to żoneczka zajmuje pierwsze miejsce wśród towarzyszy podróży.
Arcik fajny, takie przeżycia wrastają w pamięć na bardzo długo.
Pozdrawiam.